Siła, moc, wytrzymałość Jacka Florkiewicza!

Mistrzostwa Polski IRONMAN 2018 okiem Jacka Florkiewicza 🙂

Odrobinę tego, co przeżyłem i czułem…

Start, który nie był początkowo w moim kalendarzu, idea wystartowania zrodziła się zaraz po Lanzarocie. Po rozmowie z trenerem stwierdziliśmy że w tym sezonie musimy zrobić jeszcze połówkę i całego Irona. Połówkę zrobiłem w lipcu jeszcze w Anglii, a królewski wypadł na Polskę.
Pomimo początkowego rozczarowania wynikiem czasowym, po ochłonięciu i analizie szybko dotarło do mnie, że zrobiłem dobrą robotę. Po Lanzie pisałem, że za rok chce się zakręcić w czasie około 11 godzin a za dwa lata w granicach 10 a teraz 3 miesiące po Lanzie ja osiągam już wynik 10:37:04 godziny !!!!

Celowałem wyżej minimum było 10:30:00, a dlaczego nie wyszło ?? Gdzie popełniłem błąd ? A czy w ogóle popełniłem jakiś błąd ? Dlaczego nie osiągnąłem wyniki czasowego, choć wynik w zajętych miejscach bardzo mnie cieszy…

Tradycyjnie na start pojechałem wcześnie, lubię być na miejscu jeszcze jak nie ma tłoku. Przygotowuje się do startu , przygotowuje rower, uzupełniam suplementy napełniam bidony i myślę. Patrzę na wodę, na rowery w strefie i wyobrażam sobie już wyścig. Lubię mieć wszystko gotowe i wtedy siadam albo stoję i patrzę na zawodników którzy się schodzą. Obserwuje ich przygotowania, podsłuchuje rozmowy, nakręcam się nimi i rodzi się siła że jestem mocny i ze zrobię wszystko tak jak chce. Obserwowałem zachowania zawodników pro czyli zawodowych graczy w tej lidze. Z jednym nawet uciąłem gadulca i wspólna fotka poszła w świat. Czy widać w nich sile, czy przewagę nad innymi? Nie !!! Są tacy sami jak my z krwi i kości a jednak są wyjątkowi w tym co robią. 
Startowałem tam wspólnie z dwójką znajomych z angielskich eventów Karol i Dorota dotarli później, szybko się ogarnęli i poszliśmy na plaże. Start wspólny z jednej lini prawie 300 osób. Wszyscy razem na sygnał startera ruszyli dokładnie o 7.00, zawodowcy, kozaki, amatorzy czy hobbyści razem wielką falą !!!
Z Karolem stanęliśmy na przodzie i ogień do pierwszej bojki gdzie jest skręt 90 stopni, i wyobraźcie sobie 300 osób każdy świeży i po około 400 metrach wchodzi w zakręt, młyn i pralka nie przeciętna, obrazując to wygląda jak wyłowione ryby w sieci na kutrze. Młyn niesamowity. Pływanie zrobiłem na tzw czuja, szło według planu bez większych emocji, nerwy już puścił, wyścig się zaczął. Płynąłem na czas w granicy 1.10 godziny, zaplanowałem ze max to może być 1.15 godziny. 3.8 km pływania kończę z czasem 1:11:02 czyli jest dobrze, szybka zrzutka pianki i ogień po rower. Fajnie wszystko idzie nie ma potknięć czy jakiś problemów. Rower zaczynam spokojnie. Plan na rower to 5.30 godziny. Trasa szybka, pogoda dopisuje, noga podaje chce się cisnąć. Z obliczeń wiem że muszę kręcić z prędkością 33-33.5 km/h żeby być w targecie. Takie kręcenie przychodzi mi dość łatwo i noga nie dostaje za bardzo. W głowie rodzi się myśl, a może przycisnąć więcej ?? Kadencja 91 obrotów, idealna jak dla mnie, tętno pod 80%. Wiec wszystko tak jak mam być. Myślę podjąć ryzyko. 


Mijam się z Karolem jest jakieś 3 minuty przed mną i pomysł, cisnę na maksa, doganiam kumpla i jedziemy razem 😉 sędziowie pilnują na motorach, ale wiem ze możemy ich przechytrzyć i razem współpracować. Jednak odpuszczam wiem ze zanim dogonię Karola spale nogę, a nie mam pewności czy go dogonię szybko czy będę katował nogę przez długie kilometry. Wtedy to bym mógł powiedzieć tylko „siema Karol, powodzenia bo ja już jestem wyautowany”. 
Wiec odpuszczam kudłate myśli i kręcę swoje. Nie mam żadnych oznak słabości, problemów itp. Kręcę równo, na końcu każdej pętli Magda z Groszkiem podają „pomoce” żeby było paliwo i moc. 180 km przejechałem dobrze, kończę z czasem 5:28:04 średnia 33,3 km/h. Do niczego nie mogę się przyczepić ani na co zwalić 😉. Obydwie strefy zmian poszły mi dość szybko i na bieg wyruszam z czasem total 6:46 godziny. Czyli mam zapasu 14 minut. Wiec ruszam na bieg 3.30 godziny tak chce przebiec maraton. Rachunek prostu średni na kilometr chce trzymać 4:55/5:00 i da mi to wymarzony wynik a nawet lepiej bo mam 14 minut do przodu. W sumie druga opcja była , biec na 5:10 maraton wyjdzie dłużej ale z zapasem wyjdzie to co chce. Jednak postanowiłem ze biegnę na 3.30 oszczędzałem i kalkulowałem na rowerze żeby tak biec wiec nie zmieniam nic. 


I zaczynam coś czyli bieg gdzie przeżyłem najgorsze katorgi z dotychczasowych Ironów czy maratonów. Założenia moje działały do 10 km to był dla mnie szok. Ze zaczyna mi się walić świat na głowę. Stres, strach, obawa zaczyna mnie paraliżować że nie osiągnę celu. Nie wiem co się dzieje… mam biec praktycznie tempem jak niedzielne spokojne długie wybieganie, tętno w granicach 75 % każdy co biega to wie ze na takim tętnie można biec i biec z przyzwoitym tempem a ja nie mogę. Jest ok 20 km, a ja jestem zmasakrowany. Białko się ścięło w moich mięśniach, mimo odżywania i nawadniania jestem dętka, siłą woli biegnę. Biegnę , człapie jakkolwiek to wyglądało ale wciąż do przodu, nie idę nie przeszedłem do marszu. Ciężko mi zaakceptować to, co się dzieje ze mną, bo wiem że kawałek życia zostawiłem w ciężkich treningach i słowa trenera „odwaliłeś końską robotę” i słowa Karola dzień wcześniej „spokojnie jesteśmy w formie” wciąż mnie nakręcają ale wiem  że długo na nich nie pociągnę. Co robić? Gdzie złapać motywacje? Gdzie złapać nowy cel, punkt zaczepiania który pozwolili mi dokończyć tego Irona ??
Po 21 km wbiegając na pętelkę jeszcze 3 przed mną zerkam na ekran w wynikami jestem 23 w generalce i 8 w kategorii ze starta 2.30 min do 7 miejsca. I to było to nowy cel, złapać gościa i wskoczyć na 7 pozycje a i może wtedy uda się wskoczyć w top 20 generalki. Więc gonie , 28 km wciąż 8 i ok 1.30 min starty, 35 km strata 48 sek i dalej 8 miejsce !!!! Boże myślę daj mi siły, gonie go 14 km i odrobiłem zaledwie 1.48 min czy ja go złapie !!! Jestem wykończony, ale końcowe 5 km udaje mi się biec poniżej 5 min/km zastanawiam się czy złapie go !!!! I jest 40 km mam go , mój „zając” pozwolił mi wykrzesać z siebie wszystko, gdyby nie ten pościg nie wiem gdzie bym skończył. 
Wtedy poczułem satysfakcję, że znalazłem w sobie tą ukrytą moc, ta nie z mięśni i wytrzymałości tylko ta z głowy czy serca gdzieś tak ona jest. 
Kończę, jestem 19 zawodnikiem polski w generalce czyli z zawodowcami i kozakami, jestem 7 zawodnikiem polski w swojej kategorii. Jestem po prostu szczęśliwy !!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *